Wyrzucić?
Niekoniecznie.
Przyzwyczailiśmy się, że jedzenie powinno wyglądać tak, jak w chwili zakupu. Marchew ma być twarda, jabłko błyszczące, chleb miękki, a czekolada idealnie brązowa. Tymczasem utrata świeżości nie zawsze oznacza zepsucie.
To ważna różnica. Szczególnie w zwykłym gospodarstwie domowym, w którym nie ma sensu wyrzucać jedzenia tylko dlatego, że straciło idealny wygląd. Z drugiej strony oszczędność nie powinna prowadzić do ryzykowania zdrowiem.
Dlatego zamiast prostej zasady „nie wyrzucaj”, proponujemy inną: najpierw sprawdź, z czym masz do czynienia.
Zanim zaczniemy zaglądać do chlebaka i lodówki, trzeba wyjaśnić różnicę pomiędzy dwoma napisami na opakowaniach.
„Należy spożyć do” dotyczy bezpieczeństwa.
Tak oznacza się produkty szybko psujące się. Po przekroczeniu wskazanego terminu nie należy ich spożywać. Co ważne, nie wystarczy wtedy powąchać produktu i stwierdzić, że „przecież pachnie normalnie”. Niebezpiecznych drobnoustrojów nie zawsze jesteśmy w stanie zobaczyć czy wyczuć.
„Najlepiej spożyć przed” dotyczy przede wszystkim jakości.
Po tej dacie produkt prawidłowo przechowywany nie musi automatycznie nadawać się do kosza. Może stracić trochę aromatu, chrupkości, koloru czy zmienić konsystencję. W przypadku takich produktów warto sprawdzić opakowanie, wygląd, zapach i – jeśli wszystko jest w porządku – ocenić, czy nadal nadają się do wykorzystania.
I jeszcze jeden szczegół: daty na opakowaniu dotyczą produktu przechowywanego zgodnie z zaleceniami i - co do zasady - nieotwartego. Po otwarciu zaczyna obowiązywać również informacja typu „spożyć w ciągu 3 dni od otwarcia”.
A teraz przejdźmy do naszej kuchni.
Słoik stoi od kilku miesięcy. Miód, który był płynny, zrobił się gęsty, jasny i ziarnisty.
Nie oznacza to automatycznie, że się zepsuł. Krystalizacja jest naturalnym zjawiskiem. Nie trzeba więc wyrzucać miodu tylko dlatego, że przestał wyglądać tak jak w dniu zakupu.
Jeśli potrzebujemy płynnego miodu, możemy delikatnie ogrzać słoik w ciepłej wodzie. A jeśli konsystencja nam nie przeszkadza – wykorzystać go normalnie, np. do owsianki, pieczywa czy sosu.
Wyciągasz tabliczkę z szafki, a na powierzchni zamiast pięknego brązu pojawiła się jasna warstwa.
To może być tzw. wykwit tłuszczowy lub cukrowy, powstający m.in. wskutek zmian temperatury lub wilgotności. Sam taki nalot nie jest pleśnią.
Czekolada może mieć gorszą strukturę i smakować trochę inaczej, ale często nadal można ją wykorzystać. Jeśli nie masz ochoty jeść jej wprost z tabliczki, rozpuść ją i dodaj do ciasta, polewy albo deseru.
Oczywiście czym innym jest nalot wynikający ze zmian fizycznych, a czym innym wyraźna pleśń lub inne nietypowe oznaki zepsucia.
To jeden z klasyków polskiego kosza na śmieci.
Chleb zrobił się suchy, więc uznajemy, że jego czas minął. Tymczasem czerstwe pieczywo i spleśniałe pieczywo to dwie zupełnie różne rzeczy.
Jeżeli chleb jest jedynie suchy, można zrobić z niego grzanki, zapiekanki, tosty, bułkę tartą, wykorzystać go do zagęszczenia niektórych potraw albo odświeżyć porcję przeznaczoną do natychmiastowego zjedzenia.
Jeżeli natomiast pojawiła się pleśń, sytuacja wygląda inaczej. Nie wystarczy odkroić zielonego fragmentu. Spleśniałego chleba nie ratujemy – wyrzucamy cały.
Skórka jest niemal czarna, a banan bardzo miękki. Wiele osób w tym momencie już po niego nie sięgnie.
Jeśli jednak po obraniu owoc nie wykazuje oznak zepsucia, właśnie wtedy może być świetnym składnikiem kuchennym. Dojrzałe banany są miękkie i słodkie.
Można zrobić z nich placuszki, koktajl, owsiankę czy ciasto. Można również pokroić je i zamrozić, zanim zdążą się zepsuć.
To dobry przykład produktu, przy którym „nie wygląda już idealnie” nie oznacza „nie nadaje się do jedzenia”.
Jesienią zdarza się to szczególnie często. Dostaliśmy jabłka od rodziny, przywieźliśmy skrzynkę z działki albo kupiliśmy więcej, bo były tanie. Po pewnym czasie niektóre tracą jędrność.
Jeśli jabłko jedynie zwiędło lub zmiękło, nadal można znaleźć dla niego zastosowanie. Nie musi już być najlepszą przekąską do chrupania, ale świetnie sprawdzi się w kompocie, owsiance, cieście albo po uprażeniu.
Natomiast owoc z rozległą pleśnią, oznakami gnicia czy nieprzyjemnym zapachem powinien trafić do odpadów bio, a nie do garnka.
Marchew po kilku dniach czy tygodniach przechowywania może zrobić się miękka i „gumowata”.
Jeśli nie ma pleśni, śluzu ani oznak gnicia, utrata jędrności nie musi jej dyskwalifikować. Taka marchew nie będzie przyjemna do chrupania na surowo, ale można przeznaczyć ją do zupy, sosu, gulaszu czy warzywnego wywaru.
To dobra zasada również dla innych warzyw: produkt nie zawsze musi nadawać się do tego samego zastosowania co w dniu zakupu.
Liście przestały być chrupiące, ale nie są oślizgłe, zgniłe ani spleśniałe?
Czasem wystarczy zanurzyć je na kilka–kilkanaście minut w bardzo zimnej wodzie. Mogą odzyskać część jędrności.
Jeżeli natomiast liście zaczynają gnić, stają się śliskie albo pojawia się pleśń, nie próbujmy ich ratować za wszelką cenę.
Nie nadaje się już do kanapki, więc ląduje w koszu.
A przecież miękki, bardzo dojrzały pomidor - o ile nie jest spleśniały, zgniły ani nie ma niepokojącego zapachu – może być wręcz lepszy do obróbki niż do jedzenia na surowo.
Wrzuć go do sosu, zupy, leczo albo duś z innymi warzywami.
Nie pytajmy tylko: „Czy zjadłbym to na kanapce?”. Pytajmy również: „Do czego jeszcze mogę tego użyć?”.
Podobnie jest z cukinią. Lekka utrata jędrności nie musi oznaczać końca jej przydatności.
Jeśli warzywo wygląda i pachnie normalnie, można wykorzystać je do leczo, zupy krem, placków czy sosu.
Jeżeli natomiast pojawia się pleśń, śluz, wyraźne gnicie lub nieprzyjemny zapach – nie próbujemy oszczędzać za wszelką cenę.
Kupujemy pęczek do zupy, wykorzystujemy jedną trzecią, a reszta po kilku dniach smętnie leży w lodówce.
Lekko zwiędnięte zioła nie muszą od razu trafiać do kosza. Można posiekać je do zupy, sosu, jajecznicy czy farszu.
Jeszcze lepiej reagować wcześniej. Gdy widzimy, że całego pęczka nie zużyjemy, posiekajmy resztę i zamroźmy w niewielkim pojemniku. Dzięki temu za tydzień nie będziemy wyrzucać czegoś, co dzisiaj jest jeszcze dobre.
Otwierasz jogurt i widzisz na powierzchni trochę płynu.
To nie musi oznaczać zepsucia. W niektórych produktach może naturalnie oddzielać się serwatka. Zwykle wystarczy całość wymieszać.
Ale tutaj szczególnie ważna jest etykieta. Jeśli produkt ma oznaczenie „należy spożyć do”, przestrzegamy wskazanej daty. Po jej przekroczeniu nie próbujemy rozstrzygać bezpieczeństwa na podstawie zapachu.
Jeżeli jogurt jest w terminie, był właściwie przechowywany i nie ma innych niepokojących oznak, sama oddzielona warstwa płynu nie musi oznaczać problemu.
Kawałek sera został źle zawinięty i jego brzeg stwardniał.
Jeżeli problemem jest wyłącznie wyschnięcie, nie oznacza to automatycznie, że cały produkt trzeba wyrzucić. Twardszy fragment może być po prostu mniej smaczny.
Ale wyschnięcie to nie pleśń. Przy pleśni sytuacja zależy m.in. od rodzaju sera, dlatego w domowym poradniku nie warto tworzyć uniwersalnej zasady „odkrój i zjedz”. Szczególnie miękkich serów z pleśnią, która nie jest ich zamierzonym elementem, nie próbujmy ratować.
Jeśli mamy wątpliwość, bezpieczeństwo jest ważniejsze od oszczędności kilku plasterków.
Tu potrzebna jest większa ostrożność.
Nie każdy kiełek oznacza automatycznie, że cały zapas ziemniaków trzeba wyrzucić, ale zielonych, mocno skiełkowanych, gorzkich, pomarszczonych czy wyraźnie zepsutych bulw nie warto „ratować” na siłę. Zielone części i kiełki mogą wiązać się z podwyższoną zawartością glikoalkaloidów.
Najlepszym rozwiązaniem jest zapobieganie: ziemniaki przechowujemy w chłodnym, ciemnym i suchym miejscu i regularnie przeglądamy zapas. Jedna psująca się bulwa pozostawiona w worku może pogorszyć stan pozostałych.
Nie ma pleśni, tylko świeżość dawno minęła?
Nie musi kończyć w koszu.
Z suchej bułki można zrobić bułkę tartą. Czerstwa chałka może stać się bazą tostów francuskich. Pieczywo można wykorzystać do zapiekanek.
Dawna kuchnia domowa znała dziesiątki sposobów na wykorzystanie czerstwego pieczywa właśnie dlatego, że nie oczekiwano, że każdy produkt będzie smakował jak chwilę po przyniesieniu ze sklepu.
Marchew, pietruszka, seler - miękkie, ugotowane, niezbyt efektowne. Bardzo często kończą w koszu razem z resztkami po niedzielnym obiedzie.
A przecież to nadal jedzenie.
Można zrobić z nich pastę do pieczywa, sałatkę, farsz, zblendować je do zupy krem albo wykorzystać jako składnik kotlecików warzywnych.
Tutaj najważniejsza jest jednak zasada bezpiecznego przechowywania ugotowanego jedzenia. Nie zostawiamy go godzinami w temperaturze pokojowej. Resztki trzeba odpowiednio schłodzić, przechować w lodówce i wykorzystać w rozsądnym czasie.
Nie potrzebujemy laboratorium w kuchni. Potrzebujemy natomiast kilku dobrych nawyków.
Gdy następnym razem będziesz trzymać produkt nad koszem, zatrzymaj się na moment i sprawdź:
1. Co właściwie mówi data na opakowaniu? „Należy spożyć do” czy „najlepiej spożyć przed”?
2. Czy produkt jest zepsuty, czy tylko stracił świeżość i idealny wygląd? Suchy chleb to nie to samo co spleśniały chleb. Pomarszczone jabłko to nie to samo co gnijące jabłko.
3. Jeśli nie mam już ochoty zjeść go w zwykły sposób, czy mogę wykorzystać go inaczej? Miękkie pomidory mogą zostać sosem. Czerstwe pieczywo – grzankami. Dojrzałe banany – placuszkami. Zwiędnięta marchew – częścią zupy.
I właśnie tutaj najczęściej znajduje się przestrzeń do ograniczenia marnowania.
W domu, w którym liczy się każdą złotówkę, wyrzucenie jedzenia naprawdę boli. Szczególnie gdy do sklepu jest kilka kilometrów, autobus jeździ parę razy dziennie, a kolejne większe zakupy będą dopiero pod koniec tygodnia.
Rozumiemy pokusę, żeby uratować wszystko.
Ale niemarnowanie nie oznacza jedzenia produktów, które mogą być niebezpieczne.
Jeśli produkt oznaczony „należy spożyć do” przekroczył termin – nie jemy go. Jeśli pieczywo jest spleśniałe – nie odkrawamy zielonego kawałka. Jeśli jedzenie ma wyraźne oznaki gnicia, nietypowy zapach, śluz, pleśń albo opakowanie wygląda niepokojąco – nie warto ryzykować.
To szczególnie ważne w przypadku dzieci, kobiet w ciąży, seniorów i osób o obniżonej odporności.
Jest jeszcze jedna rzecz, która w praktyce działa lepiej niż wszystkie kuchenne sztuczki.
Nie czekajmy, aż produkt znajdzie się na granicy przydatności.
Jeżeli widzisz dziś trzy miękkie pomidory – zrób z nich sos dziś, nie pojutrze. Jeśli zostało pół bochenka, którego rodzina prawdopodobnie nie zje – część zamroź. Jeśli kupiłeś duży pęczek koperku – połowę od razu posiekaj i zamroź.
Jeśli jabłka zaczynają mięknąć – ugotuj kompot, upraż je albo dodaj do owsianki. Jeśli w lodówce masz jogurt z krótkim terminem – postaw go z przodu, a nie za nowymi zakupami.
To są drobiazgi. Ale właśnie z takich drobiazgów składa się domowe niemarnowanie. Nie potrzebujemy specjalnych pojemników za kilkaset złotych, aplikacji w telefonie ani dużej zamrażarki.
Potrzebujemy przede wszystkim zaglądać do tego, co już mamy.
Być może to najważniejszy wniosek z całego artykułu.
Żywność nie musi być idealna, żeby nadal była wartościowa!
Siedziba
ul. Kwiatowa 2
83-110 Tczew
Korespondencja / magazyn
Rukosin 4
83-113 Turze
Informacje
KRS 0000164712
NIP: 5932379609
REGON: 192924175
Nr konta: Santander 05 1090 2620 0000 0001 4207 6178
Centrala
tel. (58) 588 70 06
biuro.tczew@bankizywnosci.pl
(Pon. - Pt. 7:00 - 15:00)
Koordynacja FEPŻ
Maria Jankowska
tel. (58) 588 70 06
maria.jankowska@bankizywnosci.pl
Dystrybucja FEPŻ
Justyna Nibus
tel. (58) 588 70 06
justyna.nibus@bankizywnosci.pl
Skontaktuj się z nami
Kontakt do Banku Żywności w Tczewie
Żywność przekazują
Partnerzy wspierający
Partnerzy strategiczni
Bank Żywności w Tczewie z siedzibą w Rukosinie 4 (83-113 Turze), NIP: 5932379609, REGON: 366714641, adres e-mail: biuro.tczew@bankizywnosci.pl, tel. kontaktowy: (58) 588 70 06
Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie treści oraz zdjęć zabronione.
Obowiązek informacyjny przed wyrażeniem zgód na przetwarzanie danych (zobacz)
Realizacja: Consulting Adam Plutowski